Wędkarz myśli – relacja Michała Szlagi ze społecznego spaceru dźwiękowego po gdańskiej stoczni

Stocznia Gdańska, od pewnego momentu Stocznia Gdańsk, dla niektórych dawna stocznia, dla innych Młode Miasto. Osobiście dla mnie artystyczna obsesja, która wciągnęła mnie w dawny zakład na ponad ćwierć wieku, przez siedem lat po prostu jako fizyczne miejsce bytowania i codziennej pracy (2002 – 2009), przez kolejnych niemal szesnaście (2009 – 2025) bardzo bliski sąsiad — widziany i słyszany z czwartego piętra mojego mieszkania w kamienicy z 1902 roku, stojącej w bezpośrednim sąsiedztwie Placu Solidarności przy ulicy Jana z Kolna 8, a wcześniej Schichaugasse 8 w bezpośrednim sąsiedztwie Hansaplatz.

Zaproponowałem, aby spacer rozpocząć na styku ulic Lisia Grobla, Wałowa i Rybaki Górne, to świetny punkt, aby ruszyć w ten niemal 75-hektarowy teren, z kierunku południowo-wschodniego przemierzając dawne stocznie na północny — zachód. W tym roku, po sprzedaży mieszkania przy Placu Solidarności, zamieszkałem przy ulicy Osiek, Stare Domki, wyznaczyłem miejsce spotkania niemal pod moim nowym gdańskim adresem, gdybym nadal mieszkał przy Pomniku Poległych Stoczniowców i tak zaproponowałbym to samo miejsce startu.

fot. Jan Rusek

Podstawowym powodem jest to, że mogliśmy w dwie godziny przejść bez kluczenia cały teren, od granicy obiektów gazowni, przez dawną Stocznię Królewską (zwaną w okresie późniejszym Cesarską), dojść do mostu pontonowego prowadzącego na Wyspę Ostrów (d.Holm), ruszyć w kierunku dawnej Stoczni Schichaua, aby móc dojść na sam koniec do wód Martwej Wisły, w zespół trzech do dziś istniejących i działających pochylni (z pięciu pierwotnie wybudowanych w końcu XIX wieku).

Założyłem, że będzie to spacer po dźwiękach dawnej stoczni, takiej, jaką pamiętam z lat 1999 – 2012, a więc z czasów, kiedy istniały wokół zakładu mury i płoty oddzielające go od miasta a przez jego środek nie biegła współczesna ulica, kiedy to jej starych budynków stało znacznie więcej, a między nimi więcej niż dziś było drzew — o jakieś 150. Dla wzmocnienia tych dźwiękowych wspomnień wspomogłem się nagraniami wideo, odtwarzając je mniej więcej w miejscu ich rejestracji. Oczywiście odnosiłem się też do dźwięku następujących zmian, który obok wciąż słyszalnych dźwięków produkcji okrętowej zaczął gościć częściej — czyli do dźwięków wyburzeń i architektonicznych budów nowej dzielnicy. Wyznaczyłem dziewięć punktów, nieznacznie redukując plan w trakcie przejścia. Na potrzeby tego tekstu, przytaczam ich większość.

 

Zanim dotarliśmy do pierwszego punktu, przywołałem wspomnienie z 1999 roku, kiedy stojąc przy hali, która dziś jest Hotelem Montownia a drugą wielką stalową halą o niebieskim pokryciu (w której dziś miejscu stoją budynki mieszkalne inwestycji Doki – mniej więcej kubaturowo do tej hali zbliżone), ustawiając kamerę na statywie, będąc w zupełnej ciszy i stojąc na nieczynnym, jak oceniłem, zatrawionym wysoko torowisku, zostałem spłoszony z kilkunastu metrów klaksonem spalinowej stoczniowej lokomotywy ciągnącej kilka wagonów ze śmieciami. Tory stoczni w najróżniejszych jej zakątkach mierzyły łącznie ponad 17 kilometrów. Ten sam skład jeszcze przez kilka lat spotykałem tu i ówdzie, odnosiłem się już do niego z respektem, ponieważ pojawiał się nagle, bez ostrzeżenia, wśród szumu stoczni wydawał się nawet cichy, podobny do zjawiającego się dziś zza pleców i nagle samochodu elektrycznego.

Punkt pierwszy. Okolice basenu dokowego Stoczni Cesarskiej. Wideo z końca marca 2012 roku, na nim w ciszy weekendu, na istniejącej jeszcze wówczas jednej z dwóch pochylni Wydziału K-2 zobaczyliśmy ponadminutową scenę, w której mój wierny przyjaciel, owczarek niemiecki Herman targany śnieżnym wiatrem i gradem patrzy w dal. Herman był jednym z trzech stoczniowych na stałe mieszkających na zakładzie psów, kiedy ja godzinami fotografowałem, on godzinami spacerował, zazwyczaj jednak mając mnie na oku. To nagranie wykonałem, kiedy on nie wiedząc, że go filmuję, znalazł sobie zajęcie — obserwował Kanał Kaszubski z góry pochylni, rozumiem go, to był dobry widok. Niebo ciężko zasnute, mleczne, dźwięk północnego wiatru, niekiedy jego lekkie wycie, stuk prószenia gradu o osłonę mikrofonu kamery, wszystko na tyle silne i intensywne, że dźwięk miasta nie przebijał się wcale. Najbardziej lubiłem właśnie weekendowe fotografowanie stoczni, przy złej pogodzie.

 

Kolejne wideo z 06 kwietnia 2012 przedstawiało bliskie ujęcie wschodzącego księżyca, w tzw. pełni rybnej, rezurekcyjnej lub różowej, zbiegającej się okresem wielkanocnym. Niebo jest granatowe, widoczność doskonała również wspomagana przez mróz, w takich warunkach dźwięk jest zupełnie inny niż w poprzednim nagraniu z tego samego miejsca. Przez całe minutowe nagranie słychać dźwięki miasta z dominacją sygnałów karetki (lub innego pojazdu służb), po stronie stoczni już wieczorna cisza z dominującym gadaniem mew, te z obserwacji gadają więcej przy bezwietrznej pogodzie, również wówczas częściej szybują o zmroku nad wodami.

To nagranie to dobry przykład dla granicy dźwięków naturalnej przyrodniczo stoczni i nieodległego miasta ze swoimi problemami. W to miejsce dotarłem już w 1999 roku, właśnie tu wtedy najczęściej przychodziłem, wchodziłem wówczas na teren przez bramę historyczną (wtedy niemal przez nikogo nienazywaną w ten sposób, będącą po prostu „pieszą jedynką”). Wielkie pole po jej prawej stronie tak jak do niedawna zupełnie niezabudowane, będące właściwie kilkuhektarową łąką pozwalało się dźwiękom miasta wdzierać na teren stoczni. Choć nagranie pochodzi z ponad dekady później, oddaje jednak aurę z pierwszych wizyt na stoczni tak jak to wcześniejsze z Hermanem.

Trzecie wideo pochodzi z 06 czerwca 2011, wykonałem je przed świtem nieopodal, pewnie przed czwartą rano. Dzień wcześniej w dość niekontrolowany sposób uśmiercono jeden z największych żurawi KONE, jedyny już na K-2. Tego dnia miało świecić słońce na błękitnym niebie, chcąc sfotografować przewrócony żuraw w świetle rozproszonym, musiałem zdążyć przed wschodem słońca. W czerwcu możliwe są cudowne przed poranne ekspozycje fotografii, w pogodne noce widnić zaczyna się już po godzinie trzeciej, to światło trwa dobrą godzinę, da się z tą ekspozycją pracować.

Ruszyłem też wcześniej, aby nie musieć się tłumaczyć służbom ze swojej obecności w miejscu tej złomiarskiej katastrofy budowlanej, którą od rana zaczną badać. Szukam kadru bardzo blisko, oglądam zwalonego kolosa z każdej strony, fotografuję głęboką na ponad dwa metry dziurę, którą wybił ciężarem upadku w betonowym nabrzeżu, wykonuję też kilka nagrań wideo. Mewy, które w nim słychać już szybują nad stykiem lądu i wody są niedorzecznie głośne i dominujące. Po wschodzie słońca nie mam już czego tu szukać, pewnie wróciłem do mieszkania przy Placu Solidarności i poszedłem spać, na pewno z każdym krokiem w stronę miasta coraz bardziej wydobywałem się z mewiego wszechogarniającego krzyku. Odsłuchując dziś tego materiału, przypominam sobie, że podobną aurę podprogowo odnotowywałem w tej porze roku, po nocach spędzonych w pracowni nad retuszem lub wracając nad ranem z imprezy w Buffecie, poza stocznią — znam ją z powrotu z połowów kutrem pełnym ryb na Helu, mewy, kiedy są głodne, są szczególnie krzykliwe. Typowy morski pejzaż dźwiękowy.

 

 

This website uses cookies

We inform you that this site uses own, technical and third parties cookies to make sure our web page is user-friendly and to guarantee a high functionality of the webpage. By continuing to browse this website, you declare to accept the use of cookies.