O tych, którzy boją się wiatru. Recenzja „12000 dni: katastrofa promu Jan Heweliusz”

Jak dobrze.

Dziś środa, czekałam na nią i na moment, kiedy na platformach streamingowych pojawi się piąty, ostatni odcinek audioserialu Anny Dudzinskiej i Michała Matusa „12000 dni. Katastrofa promu Jan Heweliusz”.

Cztery wyemitowane dotąd części po prostu mnie pochłonęły.

Trochę wbrew mojej naturze i zamiłowaniom.

Bo – przyznam – mam pewien kłopot z serialami audio, z dawkowaniem fabuły w nieśpiesznym tempie, z powtarzalnością treści, nadmiarem słowa i narracją, która zbyt wiele tłumaczy i – w moim odczuciu – prowadzi mnie niekiedy prostą ścieżką.

W „12000 dni” nie odnajduję żadnego „zbyt mało”, nie ma też niczego „za dużo”. To opowieść pełna obrazów, reportażowych scen, wzruszających, ale i wywołujących uśmiech wspomnień, to fabuła bogata w zwroty akcji, niebanalne początki i nie pozwalające zasnąć zakończenia.  Całość spaja dynamiczna, podzielona na dwa głosy odautorska narracja, której treść, ale i sposób prowadzenia, sprawiają, że ci „pazerni na rozmowy” dziennikarze – jak określa Dudzińską i Matusa jedna z wdów – stają się słuchaczowi bliscy.

To opowieść pochłania od pierwszego odcinka, w którym przebywamy podróż promem ze Świnoujścia do Ystad, tą samą, jaką 23 lata temu przebył Heweliusz, by wraz z dziennikarzami przystanąć w miejscu jego zatonięcia i spróbować odtworzyć – krok po kroku – zdarzenia tragicznego rejsu.

Odcinek drugi to pełna skrajnych emocji opowieść wdów o rozpadzie codzienności, poczuciu niesprawiedliwości, walce z instytucjami, o potrzebie bycia razem i tęsknocie, która jednoczy.

W trzeciej części poznajemy wspomnienia ocalałych, ale też zwrot akcji, który przenosi opowieść poza granice naszego kraju.

W odcinku czwartym słyszymy głosy żony i córki kapitana promu Jan Heweliusz, ale też poznajemy postać pewnej Agnieszki, która w katastrofie straciła całą rodzinę, a której osoba spaja wątki i przestrzenie opowieści.

Ile razy, słuchając rozmów Anny Dudzińskiej i Michała Matusa, myślałam: jak im się to udało, jak oni na to wpadli, w jaki sposób dotarli do tych, którzy mówić nie chcą, i jak udało im się tych bohaterów otworzyć.

Bardzo polubiłam tych „pazernych” dziennikarzy, którzy dla nas, słuchaczy podejmują się trudnych rozmów, którzy z uwagą i szacunkiem dla bohaterów te rozmowy prowadzą. I cenię ich za to, że potrafią ową „pazerność” okiełznać.

Uwielbiam reportażowość tej opowieści, bogactwo scen, sugestywność wspomnień, zmienność nastrojów, pełne znaczeń oddechy bohaterów, niespieszność. Lubię „namacalność” tej historii, jej przestrzenność, wdzięczna jestem za możliwość wpuszczenia mnie do pokoju, w którym Agnieszka i Jolanta Ułasiewicz poszukują płyt z muzyką, jaką tata nagrywał dla mamy i za piękne, szczere wspomnienie Krystyna Ostrzyniewskiej o mężu.

Jeśli widzieliście serial o Heweliuszu lub słuchaliście audioserialu Romana Czejarka, nie wahajcie się sięgnąć po „12000dni”, to zupełnie inna historia. Nie skupia się na tragedii, ale na tym, co po niej pozostało. To bogata w dźwięki i emocje opowieść o żalu i uśmiechu przez łzy, z zaskakującymi zwrotami akcji, ale nie podszyta sensacyjnością. To w końcu rzecz o lękach i tęsknotach.

Ja uwielbiam odgłos wiatru. Dziś wiem, że są tacy, którzy tego dźwięku się boją.

Tekst Kingi Sygizman.

Źródło: Trójka PR

This website uses cookies

We inform you that this site uses own, technical and third parties cookies to make sure our web page is user-friendly and to guarantee a high functionality of the webpage. By continuing to browse this website, you declare to accept the use of cookies.