Małgorzata Sawicka
Teraz przeskoczę całe dziesięciolecie. Wiosną 1992, gdy w naszym kraju działy się rzeczy, o których się ani nam, ani naszym mistrzom nie śniło, wróciłam z Australii. Szefem radia był wtedy Janusz Winiarski, kiedyś kierownik Redakcji Wiejskiej. Rozpędu nabierał proces demokratyzacji. Mieliśmy okazję prezentowania, bez żadnych zahamowań, wszystkich poglądów: tych z prawa i tych z lewa; kipiąca różnorodność przekonań była przepiękna; Otwieraliśmy się na świat.
Janusz Winiarski był wizjonerem, estetą, perfekcjonistą, artystą, tworzył nowe radio z odwagą i wyobraźnią. Od początku zakładał istnienie w Radiu Lublin Redakcji Reportażu. To dzięki niemu w 1993 roku powołana została redakcja z własnymi pomieszczeniami, z przyzwoitym budżetem, ze mną jako szefem, z wizją wprowadzania coraz to nowych form reportażowych (np. esej radiowy, feature, łączenie elementów słuchowiska z reportażem), eksperymentów z dźwiękiem, łowienia młodych talentów, pielęgnowania starych i sprawdzonych, z perspektywą dołączenia do czołówki polskich, a z czasem i światowych mistrzów reportażu radiowego.
Janusz uważał, że zespół wymaga takiej pielęgnacji i troski jak rośliny w ogrodzie. Dbał o swoje ogrody i w sensie dosłownym – o rabatki wokół rozgłośni, i w sensie metaforycznym – o ogród radiowy, o ludzi, sprzęt, estetykę. Także pielęgnował pełen wspomnień ogród w Józefinie, gdzie spędził ostatnie lata życia. Zdążyłam przed jego śmiercią (2012) nagrać reportaż „Ogród pełen ludzi”, udało się na pożegnanie przypomnieć jego niebanalną osobowość, a w imieniu redakcji podziękować za to, że nie zrobiwszy nigdy reportażu, tyle zrobił dla reportażu i dla lubelskiej szkoły reportażu. Gdyby nie on, być może dzisiejsze sukcesy redakcji nie byłyby tak spektakularne.
Prawdopodobnie i ja w jakimś niewielkim stopniu przyczyniłam się do międzynarodowych triumfów redakcji. Wiem, że moje młodsze koleżanki mówią o naszych relacjach w pierwszym dziesięcioleciu pracy redakcji – „szorstka przyjaźń”, stosowałam podobne metody jak moi mistrzowie, wymagałam bez pobłażania, żadnego klajstru w ocenach, recenzja uczciwa, w cztery oczy, bez publicznego wytykania potknięć. Zachęcałam do eksperymentów dźwiękowych. Próbowałam uświadomić początkującym reporterom, że talent to tylko punkt wyjścia, a reszta to harówka, krew, pot i łzy, że nad dziełem pracuje się dotąd, aż będzie bliskie doskonałości. Czasem tylko, w przypadku niereformowalnej, zadowolonej z siebie miernoty, odpuszczałam śrubowanie wymagań. Zdruzgotanych debiutantów pocieszałam cytując Weroniczaka: „spokojnie, każda małpa się tego nauczy”. I co ważne – redakcja zawsze była otwarta dla każdego, kto tylko chciał się zająć tą pracochłonną, trudną formą. Młodzi reportażyści mogli liczyć na pomoc dotąd, dopóki się całkiem nie usamodzielnili. Uważałam też, że prawdziwa siła, to zgodny zespół. Jeśli młodsi koledzy są gotowi potwierdzić, że mój wkład pracy coś znaczył, to ja mogę tylko powiedzieć, że dla nauczyciela nie ma większej radości jak sukcesy jego uczniów.
Na zakończenie kilka słów o osobliwym przypadku redakcyjnego usynowienia. Kiedy pojawił się u nas świeżo upieczony dziennikarz Mariusz Kamiński i dał mi do posłuchania swój pierwszy reportaż, napisałam do jego nauczycielki Małgosi Żurakowskiej krótki liścik „Ja młodego człowieka usynowię”. Od razu wiedziałam, że będzie cennym nabytkiem dla radia. Ostatni wysyp nagród jest na to dowodem, a 2 polskie Pulitzery w jednym roku, chyba zdarzyły się tylko jemu. Wiele lat później dowiedziałam się, że nosi ten list w portfelu. Choć Mariusz jest głównie znany jako autor rzetelnych, atrakcyjnych dźwiękowo dokumentów historycznych, to reportaż obyczajowy „Ja też chcę być Małyszem” przyniósł mu stypendium im. Jacka Stwory. To stypendium zdobyły też Agnieszka Czyżewska i Kasia Michalak. Ono zaznacza początek dojrzałości warsztatowej laureata. Odchodziłam w 2003 roku na emeryturę z przekonaniem, że zespół będzie dobrze sobie radził pod kierunkiem Hani Kaczkowskiej.