Przez pierwsze trzydzieści lat swego istnienia kino musiało obyć się bez naturalnego dźwięku, który czyniłby ukazywane na ekranie odbicie świata wierniejszym. Twórcy filmowi nie mogli jednak ignorować słyszalnego świata: nieme dialogi bohaterów streszczały napisy, ultra-bliskie kadry ukazywały źródła dźwięku, odwołując się do pamięci słuchowej widzów. Absolutna cisza w kinie nie była jednak możliwa zbyt długo. Twórcy pierwszych dzieł filmowych bardzo szybko zorientowali się, że filmowe klatki wyświetlane w ciszy nie powodowały u widzów wystarczającego pobudzenia emocjonalnego. Nie trzeba było długo szukać, aby znaleźć inny nośnik emocji – funkcję tę od zawsze pełniła przecież muzyka. I tak narodziła się instytucja tapera – osoby grającej na pianinie lub organach teatralnych, improwizującej do ukazujących się na ekranie scen, co wzmacniało emocjonalne oddziaływanie obrazu. Amerykański psycholog Anthony Storr w swojej książce „Music and the Mind” zauważa, że istnieje o wiele ściślejsza zależność w przypadku słyszenia i pobudzenia emocjonalnego (emotional arousal) niż patrzenia w tym aspekcie. Dźwięk oddziałuje na emocje odbiorców w stopniu znacznie większym niż obraz. Związek dźwięku z emocjami uświadomimy sobie, porównując uczucia towarzyszące oglądaniu fotografii zranionego zwierzęcia z wrażeniem, jakie wywołuje odgłos jego skowytu. Storr zastanawia się, czy przyczyną tak ścisłego związku słyszenia z emocjami nie jest czasem fakt, że słyszymy u początków życia. Zmysł słuchu jest pierwszym zmysłem, który komunikuje nienarodzonemu jeszcze dziecku istnienie świata poza łonem matki.
Doświadczam tych zależności od samych początków pracy w radiu, dlatego też jeszcze teraz nie mogę się nadziwić odczuciom, jakie wywołało u mnie użycie dźwięku w oscarowej „Strefie interesów” Jonathana Glazera – opowieści o idyllicznym życiu rodziny komendanta Auschwitz – Rudolfa Hössa, którego posiadłość mieściła się tuż przy obozowym murze. Wszak każdy kto pracuje z mikrofonem (ale i słucha dźwięku) wie, że poruszenie emocjonalne słuchacza wywołuje przede wszystkim ultra bliski plan dźwiękowy. Prozodię, która zdradza stan uczuć naszego rozmówcy, rejestrujemy trzymając mikrofon bardzo blisko jego ust. Podobnie jest z pozasłownymi dźwiękami znaczącymi, które w audycji budują dodatkowe odcienie znaczeniowe, emocjonalne i estetyczne – nagrywamy je trzymając mikrofon bardzo blisko źródła dźwięku i – najlepiej – w absolutnej ciszy. Tymczasem u Glazera paraliżuje nas to, co dzieje się w dalekim planie: monotonny ambient, na który składają się stłumione krzyki więźniów, pojedyncze wystrzały, bliżej nieokreślony szum fabryki śmierci, którego źródło próbuje dookreślić nasza wyobraźnia. No właśnie WYOBRAŹNIA. Wyobraźnia i kontekst, ze znajomością którego przychodzimy do kina, sprawiają, że to, co w przypadku innego filmu mogłoby zostać przeoczone, czy raczej nieusłyszane – tutaj tak mocno na nas działa. Z wywiadu z twórcami dźwięku do „Strefy interesów’ – Johnnie Burnem i Tarnem Willersem dowiedziałam się, że proces nagrywania miał dwa etapy. Wszystkie soczyste dźwięki letniej aury rejestrowane były podczas kręcenia zdjęć wokół Oświęcimia, pośród tamtejszej przyrody oraz w samym obozie. Dźwięki „zza muru” zostały przygotowane rok po zakończeniu zdjęć – aby wzmocnić zamysł reżysera, który chce, aby najintensywniej poruszyło nas to, czego nie widać. Dźwięk w „Strefie interesów” stanowi reprezentację ofiar zagłady – tych, których twarzy, sylwetek w filmie nie zobaczymy, co ciekawe – nie usłyszymy też ich słów. A przecież mogłoby tak być, że napisany „do świata” list zza drutów, który odnajduje w nocy tajemnicza dziewczynka, zostanie przeczytany i ofiary dostaną swój głos. Reżyser konsekwentnie rezygnuje jednak z konkretu wypowiedzianych słów i list ten zostaje…zagrany na pianinie. Dźwięk pozasłowny, dźwięk muzyczny (bo może nie ma już słów na opisanie Zagłady) buduje połączenie pomiędzy dziewczynką (jedyną jasną postacią w filmie – jasną także dosłownie w obrazie kręconym kamerą noktowizyjną) a niewidzialnymi i niesłyszalnymi więźniami Auschwitz. Buduje także połączenie miedzy nimi a nami, którzy z ciekawością widza coraz mocniej wytężamy…ucho.
Jest w „Strefie intersów” jeszcze jeden dźwięk, użyty bardzo odważnie a może nawet przewrotnie. To głos samego Hössa – delikatny, spokojny, o przyjemnej barwie i minimalnej dynamice. To nie może być głos komendanta Auschwitz – to musi być głos czułego ojca i troskliwego męża. Wyobraziłam sobie, że Jonathan Glazer wybrał odtwórcę roli Hössa, właśnie ze względu na głos. Ale czy tak było – nie wiem. Wiem za to, co czułam, gdy słuchałam czytanej dzieciom do snu bajki o Jasiu i Małgosi, spowitej w ten przyjemny tembr. Było to coś w rodzaju przerażenia, że głos może nas zwodzić i fałszować prawdę o człowieku…A może jest tak – pomyślałam – że nie ma jednej prawdy i jednej odpowiedzi na temat ludzkich wyborów. Powtarzalny, jednostajny dźwięk przestaje być w pewnym momencie słyszalny – być może podobnie jest z sumieniem. Boli tylko na początku.
Kasia Michalak