Jeszcze lotnisko na Zaspie, samoloty swoje a dzieci na podwórkach swoje. Maluchy zadzierały głowy do góry i wołały – “Panie pilocie, ma pan dziurę w samolocie”, też tak krzyczałem i teraz, za każdym razem kiedy widzę lecącą nisko nad ziemią lotniczą maszynę, słyszę w głowie tę melodię. A kiedy rano mijałeś ogrodnictwo i kilka wiejskich chat na samym początku ulicy Michałowskiego, piał kogut, można było słyszeć echo gdakających kur. Potem kilka już kroków dzieliło od ściany lasu, powoli głosy zmieniały barwę, robiło się coraz ciszej, miasto choć nie tak głośnie jak dziś znikało powoli, zieleń albo śpiewała albo była ciszą albo huczącym wiatrem. Światy i granice światów, wododziały i dźwiękodziały. Inaczej brzmiały słoneczne, inaczej pochmurne poranki.
Kiedy byliśmy mali i niżsi i poruszaliśmy się bliżej ziemi, czuliśmy zapach jak psy. Nasze zmyły były wnikliwe, oczy z bliska oglądały zawiązane w węzełki źdźbła i kępy traw, rozpoznawaliśmy rożne gatunki mrówek. Słyszeliśmy jak wrze praca na placach budów małych wielkich mrowisk. Przeżywaliśmy wspólnie historię, które się nigdy nie wydarzały.
Pomyślałem sobie. Chodźcie ze mną, zobaczmy co się zmieniło od tego czasu i przy okazji wyobraźmy sobie, co tu było słychać jeszcze wcześniej, na przykład 80 lat temu..