Opowieść, którą chciałabym Wam polecić nie jest prozwierzęca, to rzecz o człowieczeństwie, w które tak łatwo zwątpić. To historia o trudzie wybaczenia, o powracającym poczuciu straty, o pustce, która – zamiast wypełniać się z czasem życiowym doświadczeniem- staje się otchłanią. To opowieść o kłamstwie, porzuceniu kolegi i o tym, że wbrew uczynionej drugiemu krzywdzie, można spokojnie i normalnie żyć. Nie do wiary…
Nie do wiary – to tytuł reportażu Jolanty Rudnik, który mimo oszczędnych środków audialnego wyrazu, jest niezwykle obrazowy i sugestywny. Choć autorka skonstruowała główną linię narracyjną w oparciu o teksty pisane, odczytywane przez aktorów, opowieść nie traci na autentyczności i dramaturgii. A powtarzane w toku opowieści tytułowe słowa „nie do wiary” są metaforą niedoskonałości rodzaju ludzkiego.
W 1945 roku na Bałtyku zatonął zatopiony przez radzieckie rakiety niemiecki statek Wilhelm Gustloff. W latach 90-tych wrak uznany został za mogiłę wojenną i nurkowanie w promieniu 500 metrów od niego jest zabronione. Co jakiś czas znajdują się jednak ludzie, którzy podejmują się nielegalnej wyprawy. W 2012 roku takiej wyprawy podjęła się grupa nurków, jeden z nich nie wrócił do domu. Jego koledzy wrócili, by wieść dalej zwykłe życie, by szkolić innych w zakresie nurkowania i przede wszystkim po to, by w zeznaniach skłamać, że kolega zaginął – a dokładnie „nie wypłynął”- podczas schodzenia w głąb Bałtyku w okolicy wraku statku Terra, a nie Gustloffa, jak było naprawdę. „Dwadzieścia pięć lat wspólnego życia i << nie wypłynął>>” – żona mężczyzny nie może poradzić sobie z bezlitosnym absurdem tych słów. Ciało nurka nie zostało odnalezione we skazanym przez „kolegów” miejscu, bo odnalezione tam być nie mogło. Siedem lat później, w dniu imienin zaginionego pana Roberta, jego żona otrzymała telefon. Znaleziono ciało. Z wody wydobyto je w dniu urodzin mężczyzny. Kobieta pisze we wspominaniu: prosiłam, by tam już został, ale nie dał mi zapomnieć. Ból wrócił. Z większą siłą.
Nic więc dziwnego, że żona pana Roberta nie chciała rozmawiać z autorką reportażu. Jak mówi Jolanta Rudnik, jej opowieścią są listy pisane do prokuratury. Z dziennikarzami nie chcą też rozmawiać „koledzy” odnalezionego nurka. W audycji poznajemy ich zeznania, czytane przez lektora.
Jolanta Rudnik – mimo dużych ograniczeń wynikających z niemożności dotarcia do bohaterów i rozmowy z nimi – dokonuje dokładnej dokumentacji tego zdarzenia. Pyta o zaniechania w śledztwie, o zignorowanie zeznań żony nurka, pyta o to, czy „do wiary jest” spokojne życie po kłamstwie na temat śmierci bliskiej osoby.
„Dlaczego mu nie pomogliście?”- to pytanie szczególnie mocno wybrzmiewa z listów żony nurka? Dlaczego? To „nie do wiary”! Po raz kolejny…”nie do wiary”.
Warstwa dźwiękowa reportażu jest oszczędna, moim zdaniem właśnie taka powinna być w tej historii. Zeznania nurków uzupełniają akustycznie odgłosy zanurzania się do wody. Muzyka – dynamiczna, ostra – może nieść skojarzenia z kryminalnymi zagadkami.
Jolanta Rudnik stworzyła niezwykłą, poruszającą opowieść, stawiającą pytania o odpowiedzialność, o uczciwość, o prawdę, ale też o granice bólu.
Tak bardzo warto się zatrzymać przy tej opowieści, człowieku!
Kinga Sygizman