„25 lat wspólnego życia i tylko << nie wypłynął>>”. Recenzja reportażu Jolanty Rudnik

Im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta – te słowa Georga Bernarda Shaw, wracają do mnie niemal codziennie, prywatnie bowiem uważam, że – jako ludzie – nie jesteśmy w niczym lepsi od innych gatunków, a nawet wiele moglibyśmy się od nich nauczyć. Ale nie o tym dziś…

Opowieść, którą chciałabym Wam polecić nie jest prozwierzęca, to rzecz o człowieczeństwie, w które tak łatwo zwątpić.  To historia o trudzie wybaczenia, o powracającym poczuciu straty, o pustce, która – zamiast wypełniać się z czasem życiowym doświadczeniem- staje się otchłanią.  To opowieść o kłamstwie, porzuceniu kolegi i o tym, że wbrew uczynionej drugiemu krzywdzie, można spokojnie i normalnie żyć. Nie do wiary…

Nie do wiary – to tytuł reportażu Jolanty Rudnik, który mimo oszczędnych środków audialnego wyrazu, jest niezwykle obrazowy i sugestywny.  Choć autorka skonstruowała główną linię narracyjną w oparciu o teksty pisane, odczytywane przez aktorów, opowieść nie traci na autentyczności i dramaturgii. A powtarzane w toku opowieści tytułowe słowa „nie do wiary” są metaforą niedoskonałości rodzaju ludzkiego.

W 1945 roku na Bałtyku zatonął zatopiony przez radzieckie rakiety niemiecki statek Wilhelm Gustloff. W latach 90-tych wrak uznany został za mogiłę wojenną i nurkowanie w promieniu 500 metrów od niego jest zabronione. Co jakiś czas znajdują się jednak ludzie, którzy podejmują się nielegalnej wyprawy.  W 2012 roku takiej wyprawy podjęła się grupa nurków, jeden z nich nie wrócił do domu. Jego koledzy wrócili, by wieść dalej zwykłe życie, by szkolić innych w zakresie nurkowania i przede wszystkim po to, by w zeznaniach skłamać, że kolega zaginął – a dokładnie „nie wypłynął”- podczas schodzenia w głąb Bałtyku w okolicy wraku statku Terra, a nie Gustloffa, jak było naprawdę. „Dwadzieścia pięć lat wspólnego życia i << nie wypłynął>>” – żona mężczyzny nie może poradzić sobie z bezlitosnym absurdem tych słów. Ciało nurka nie zostało odnalezione we skazanym przez „kolegów” miejscu, bo odnalezione tam być nie mogło. Siedem lat później, w dniu imienin zaginionego pana Roberta, jego żona otrzymała telefon. Znaleziono ciało. Z wody wydobyto je w dniu urodzin mężczyzny. Kobieta pisze we wspominaniu: prosiłam, by tam już został, ale nie dał mi zapomnieć. Ból wrócił. Z większą siłą.

Nic więc dziwnego, że żona pana Roberta nie chciała rozmawiać z autorką reportażu. Jak mówi Jolanta Rudnik, jej opowieścią są listy pisane do prokuratury. Z dziennikarzami nie chcą też rozmawiać „koledzy” odnalezionego nurka. W audycji poznajemy ich zeznania, czytane przez lektora.

Jolanta Rudnik – mimo dużych ograniczeń wynikających z niemożności dotarcia do bohaterów i rozmowy z nimi – dokonuje dokładnej dokumentacji tego zdarzenia. Pyta o zaniechania w śledztwie, o zignorowanie zeznań żony nurka, pyta o to, czy „do wiary jest” spokojne życie po kłamstwie na temat śmierci bliskiej osoby.

„Dlaczego mu nie pomogliście?”- to pytanie szczególnie mocno wybrzmiewa z listów żony nurka? Dlaczego? To „nie do wiary”! Po raz kolejny…”nie do wiary”.

Warstwa dźwiękowa reportażu jest oszczędna, moim zdaniem właśnie taka powinna być w tej historii. Zeznania nurków uzupełniają akustycznie odgłosy zanurzania się do wody. Muzyka – dynamiczna, ostra – może nieść skojarzenia z kryminalnymi zagadkami.

Jolanta Rudnik stworzyła niezwykłą, poruszającą opowieść, stawiającą pytania o odpowiedzialność, o uczciwość, o prawdę, ale też o granice bólu.

Tak bardzo warto się zatrzymać przy tej opowieści, człowieku!  

 

Kinga Sygizman

This website uses cookies

We inform you that this site uses own, technical and third parties cookies to make sure our web page is user-friendly and to guarantee a high functionality of the webpage. By continuing to browse this website, you declare to accept the use of cookies.